
Legia w Europie nie pękała, a w Ekstraklasie wymiękała w starciach z czołówką. Ale czy wyniki w tym wypadku nie kłamią? Czy drużyna z Warszawy faktycznie zasłużyła na dwa punkty w siedmiu meczach z zespołami z czołowej piątki? Sprawdziliśmy przed hitowym starciem z Lechem Poznań.
– Ta drużyna umie grać w finałach. Jeśli chodzi o takie mecze lub dwumecze, byliśmy gorsi tylko od Chelsea, ale mimo wszystko godnie pożegnaliśmy się z Ligą Konferencji. To świadczy o tym, że ten zespół ma odpowiednią mentalność – powiedział po zdobyciu Pucharu Polski trener Legii Warszawa Goncalo Feio.
Cóż, szkoda, że Wojskowi nie traktowali potyczek z ligową czołówką jak finałów, bo gdyby tak było, na trzy kolejki przed końcem sezonu wciąż liczyliby się w walce o mistrzostwo Polski, a nie żyli nadzieją na cudowny pościg za najniższym stopniem podium…
To oczywiście złośliwość, ale częściowo prawdziwa, bo gdy weźmie się pod uwagę wyłącznie wyniki (nie grę!), w tym sezonie Legia pokazywała dwie twarze. Pierwszą – pucharową. W Pucharze Polski i Lidze Konferencji ekipa z Warszawy była najlepszą wersją siebie. Wojskowi nie pękali w trudnych chwilach, by wymienić tylko pierwszą połowę ostatecznie zremisowanego spotkania z Bröndby 1:1 czy pogoń za Molde na wyjeździe i zmniejszenie strat z 0:3 na 2:3.
I drugą – ligową. W Ekstraklasie zespół z Łazienkowskiej 3 był znacznie bardziej chwiejny, niepewny, a najgorsze wyniki osiągał z czołówką – w rywalizacji z zespołami z czołowej piątki drużyna Feio zdobyła ledwie dwa punkty na możliwych 21. Dramatyczny bilans, bo kolejna w takim zestawieniu Pogoń Szczecin zgarnęła cztery razy więcej.

